Alegoria Gdyni

About This Project

Alegoria Gdyni

Początek jest zawsze tylko względnym, umownym momentem historii, który wyznaczany jest w miejscu, w którym odbiorca wpada na jej trop. Zaranie dziejów nie daje nigdy stu procent pewności co do biegu opowieści. Ta opowieść rozpoczęła się wcześniej, niż ktokolwiek spisał czy zapamiętał. Wzeszła wraz ze słońcem wyłaniającym się zza linii horyzontu.

Czy morska woda zagotowała się od nagłego wrzenia? Czy ciepło było zwiastunem początku, wybuchu boskiej cząsteczki i materii życia? Doprawdy, droga do prawdy wiedzie przez meandry i bagna czasu, nigdy wartkim i czystym strumieniem. Bo każda historia widziana jest inaczej, bo w każdej historii kluczem jest jej główny bohater.

Sto lat, tysiąc dwieście miesięcy, pięć tysięcy dwieście tygodni, trzydzieści sześć tysięcy pięćset dni, setki tysięcy godzin i miliony minut — tyle jednostek czasu skupia się we niewielkim wycinku historii, historii pisanej od momentu nadania praw miejskich pewnej nadmorskiej wsi. Tyle ziaren piasku z klepsydry upłynęło przez wąskie gardło historycznego detalu. Tyle płatków śniegu przysypało zimową scenerię nadmorskiego brzegu. Historia młodsza niż morze, młodsza niż wspomnienia Orłowskiego klifu, starsza zaś od transmisji danych i deseru Pavlova.

Gdynia, wyśniona marzeniem, wyrastająca z morskiej piany — koncepcja świata w wersji instant, zbudowana ze szkła, metalu i detalu. Ugruntowana betonem i myślą inżynieryjną Tadeusza Wendy i Eugeniusza Kwiatkowskiego, wykraczającą poza utarte schematy i dążenia. Narodzona z potrzeby kraju, stworzona dla ludzi i ich przyszłości. Nowoczesna, a stuletnia, choć dam o wiek się nie pyta.

Nadmorskie poranki nieśpiesznie budzą pewną aurą tajemniczości. Chwila przed pierwszym brzaskiem, ta najciemniejsza sekunda nocy, niesie ze sobą pewien rodzaj niepewności. Nie wiesz nigdy, czy pobudka będzie targana ciepłym wiatrem, czy chłodnawą bryzą. Czy niebo przybierze barwy egzotycznego koktajlu, czy może cukrowej waty z całą paletą różowawych fioletowości. Tak jest od zawsze, odkąd pierwsze ziarno piasku spotkało się z bałtycką pianą i rozpoczęło wieczną symfonię miarowego szumu fal. Dla wielu to najpiękniejsza muzyka, metrum wyznaczające nieznośnie nieuchronny rytm miejskiego życia. Czasem przygłuszony jest skrzekiem mew, innym razem komponuje się z metalicznym trzaskiem portowych manewrów. Wielu próbowało ten rytm odtworzyć lub uchwycić i ujarzmić. Nie da się — to tak, jakby próbować zamknąć obłok w słoiku, oczekując, że da się zbadać i podporządkować. Miarowy szum bałtyckiej wody odbija się od narzutowych głazów, pamiętających dawne zlodowacenia, i gra. Rozgrywa wieloaspektową symfonię chwil i zdarzeń. Spokojnie, miarowo, jak oddech uśpionego olbrzyma.

Postęp technologiczny spowodował kilka tąpnięć w linii melodycznej i linii wybrzeża.

Miarowy szum wody, uzupełniany przez plusk ryb w szurających po drewnianych pokładach sieciach, zmienił się w bardziej mechaniczne rechoty. Żagle łopoczące na wietrze, dające niczym metronom rytm kaszubskim pieśniom, ustąpiły miejsca turkoczącym silnikom bardziej wydajnych kutrów.

W tej technologicznej zmianie piaskowe ścieżki i rybackie chaty stały się niemymi świadkami narodzin miasta. Linie wyznaczane ołówkiem na geodezyjnej mapie zmaterializowały się pod postacią twardego bruku. Nadmorskie błota, dzięki magii inżynierii i wirtuozerii budowniczych, zamieniło się w prawdziwy port. „gъda” ustąpiła miejsca Gdyni — oknu na świat kraju, który uznawany był jeszcze niedawno za „wszędzie i nigdzie”. Połacie usianej zbożem Kamiennej Góry poprzecinały warkocze ścieżek i dróg. Wszechobecne „jo” uzupełniło się o odległe „tej” i „toć”, a na morenowych wzgórzach wykwitły nawet góralskie chałupy. Brukowane ulice stały się polem bitwy między wozami konnymi a końmi mechanicznymi pierwszych automobili. Rajdy brzegiem morza, wyścigi do Sopotów czy Jastarni z impetem wgrały się w wiraże historii. Wielkopaństwo w opozycji do rybackiej, surowej prostoty stworzyło niezwykły gobelin różnorodności. To nie był kicz w kontrze do sztuki wysokiej — to był ferment wolności i wielorakości w czasach pozłacanej prowizorki. Na chodnikach sobolowe futra dzierżące dorodne eklerki szły zespół wespół z watowanymi kufajkami pachnącymi czerstwym chlebem i morską bryzą. Kontrast szorstkości i atłasów uzupełniał wymuskany koncept białego miasta, pełnego obłości, zakrętów i zagięć o niespotykanej prostocie. Z wody — kraina betonowej bieli, z perspektywy lasu — szkółka leśna drewnianych baraków. Tak wyglądała przyszłość, tak kształtowały się marzenia.

To miał być New York, Manhattan w rodzimym wydaniu. Wioska rybacka z prędkością automobilu wjechała w wielkomiejskie życie, choć droga wciąż była piaszczysta, a dla wielu też wyboista.

Spacery brzegiem morza stały się szybkie, dynamiczne i z obowiązkiem morskiej kąpieli. Perpetuum mobile biznesu i turystyki furczało, drżąc w posadach. Aż nagle przyszedł kres tej beztroski. Marzenia wstrzymane, oddech wstrzymany — nawet fale zamilkły.

Gdynianie rodowici, ale też ci z wielkopolskim czy śląskim akcentem zniknęli, wysiedleni w nieznane, pozostawiając za sobą nowe nadzieje, wspomnienia i koncept miasta w nieustannym rozwoju.

Kurz historycznej wrzawy opadał jak płatki śniegu w mroźny dzień — powoli, bez pośpiechu, zakręconą trajektorią, budzącą też cichy, nieśmiały zachwyt. Ulice, lekko pokiereszowane, pamiętające wciąż stukot wojskowych obcasów, powoli wypełniał dźwięk nowych kroków. Kroki bywały nieśmiałe, czasem żwawe, a czasem pewne swego. Rozbrzmiewały przed świtem, wspierane równym stukiem pędzącej kolejki SKM i lekkim skrzypem rowerowego dynama, kierując się w stronę dumy północnej Polski — stoczni. Przejście stoczniowej bramy przenosi do innego wymiaru. Bez przepustki ani rusz. To nie przytłaczające niewolniczą pracą Metropolis, a tętniące życiem, bijące źródłem energicznej chęci królestwo nowych nadziei i eksportu. Czas zimowego uśpienia, odwilży pachnącej starym futrem smaganym wiatrem, powoli ustępował krzykliwym barwom wszechobecnego niedostatku. Szarość, burość, typowo polska paleta o nazwie listopad, wypierana była przez kolorowe ptaki słuchające bigbitu i rock’n’rolla. Jaskółka wzleciała wysoko, lądując gdzieś pod papugami pewnego wąsatego saksofonisty, a na balkonie szafy przy Władysława IV, skąd padała głośna, jasna deklaracja, że „Niedziela będzie dla nas”. Nic nie pachniało tak jak mieszanka słońca, jodu, smaru okalającego trajtkową szelkę i perfum „Być może”. Panowie z teczkami dreptali na pociąg, panie lekkim truchtem stukały obcasami ku punktom repasacji, a najstarsi nie mogli wyjść z podziwu, że w konia Czołgistów się już nie pojedzie. Stalową szarość wyparli krzykliwi bracia pasteli. Szkło, metal, detal, asteroid i półkotapczan. Wstyd nie istniał — jedynie słodka duma, zadowolenie z zastanego kolorytu, dawały złudną nadzieję, że wszędzie jest tak jak tu.

Okno na świat nie było nigdy tak szeroko otwarte w swych politycznych ograniczeniach. Horyzont marzeń odlegle majaczył w oddali, dając być może złudną nadzieję wolności. Wszystko wtedy pachniało inaczej. Farba pokrywająca kadłuby z drażniącą przenikliwością drażniła nozdrza, pomarańcze, dostępne od święta, czekały dostatecznie odświętnej okazji. Ulice znów wypełniły się narybkiem przybyszów, których system hołubił, jednocześnie wykluczając. Robotnicze hotele wyrastały w tkance ulic niby przesyłki w sortowni. Jedni pojawiali się tylko na chwilę, inni przez przypadek. Czasem ktoś zasiedział się na stałe. Nabrzeże Francuskie oddychało teraz innym tlenem. Nie tyle „Made in France”, co dookoła świata. Tubalny odgłos „Batorego” sygnalizował kolejną podróż w nieznane. Dla niektórych to nieznane oznaczało nowy początek, dla innych Nowy Jork, a dla pechowców permanentny brak możliwości powrotu.

Cukierkowy anturaż powoli ustępował kolejnej zimie, tej, która miała zmienić wszystko.

Chodniki naznaczyły linie niekończących się kolejek. Człowiek chciał zrzucić kajdany, a tu rzucili jedynie ochłap światowych aspiracji. Kawa nie pachniała, papieru brakowało, leciwe autobusy skrzypiały podobnie jak trzaskające mrozy. Szwy trzymające kraj w ryzach powoli zaczynały puszczać.

Gdy mroźny świt zdawał się toczyć zwykłym rytmem, został przerwany krótką, bezsensowną serią wydarzeń, po której już nic nigdy nie było takie samo. Młody mieszkaniec o imieniu Janek padł, by powstać mogli pozostali. Iskra grudniowego poranka rozpaliła nieugaszalną pożogę wydarzeń. Czas stanął w miejscu, wyglądając zza kuchennej firany. Bóg się rodził, podobnie jak bunt.

Statki rybackie wypływały daleko poza równik, baltonowscy marynarze roztaczali nieznane zapachy, dostępne tylko dla nielicznych. Chodniki znów zapełniły się kolejkami ludzkich spraw, na półkach jednak ziała przerażająca pustka. Reglamentacja radości przysłoniła nawet lokalne, szeroko otwarte okno na świat. Puste były też spojrzenia — w tłumie zabieganym, zastraszanym i spacyfikowanym. Zza miedzy wiał jednak wiatr zmian. Nie dało się go nie odczuć. Pachniał suwnicowym smarem, papierosowym dymem i ostrą wonią ciężkiej fizycznej pracy, pojone mocną czarną kawą i farbą drukarską.

Rytm miasta nabierał powoli znanego sobie tempa. Zupełnie jakby wykolejony pociąg samoczynnie, choć z pomocą życzliwych pasażerów, znów wjechał na swoje pierwotne tory. Tuk tuk, tuk tuk, tuk… To była podróż trochę na gapę, bez biletu, lecz kontroler przymykał na nią oko.

Nieposkromiona siła buntu już nie kiełkowała, a w wybujałym pędzie leciała trajektorią ku zwycięstwu. Rzeczywistość uległa rozszczepieniu. Na barykadach robotnicza energia obalała mury systemu odczłowieczenia.

W podziemiu fermentowała sztuka, muzyka i wolność. U Maxima w Gdyni bawił się cały kraj, ale magia działa się tam, gdzie oko opatrzności nie docierało. Czasy nie napawały optymizmem, szeleszcząc ograniczeniami małych kartek noszonych w kieszeniach, gdy bony, dolary i marki musiały ukrywać się w ciemnych zaułkach. Jednak to wtedy najciekawiej rezonowała sztuka filmowa i teatralna, wtedy otwarto oczy wielu, choć w białych rękawiczkach.

Robotnicze dłonie i białe rękawiczki splotły się w uścisku i mocnym uderzeniem przerwały lata zamknięcia. Mury runęły, okno na świat straciło framugę i z całą brutalnością odkryło nowy horyzont. Znów się chciało. Znów ulice zapełniły się gwarem, kolorami i nadzieją. Znów pojawiali się tu głodni przygody i rządni lukratywnego biznesu. Z morza i marzeń, zza żelaznej kurtyny fal historii, wyłoniła się ona — Gdynia. Jej sztandar nosiła już nie Natasza, a Franciszka, a słońce wschodziło wysoko. Na plamach dotychczasowej szarości wykwitły pstre plamy radosnych wizji. Kwiaty wyrosły, dobra wieść niosła się po świecie, od Tajwanu po skwery Plymouth. Biały sos na pizzy na stałe zakotwiczył w lokalnym menu, choć konkurencję miał już zza oceanu. Nawet główna arteria rozbłysła niespotykanym blaskiem, który pozwolił na leczenie kompleksów tamtych zabawnych czasów. Chłopcy z miasta schodzili z trzepaków i statków, by wieść życie, o których kręci się teraz filmy.

Nowa siła witalna, niby surfer, ujarzmiała fale przeciwności. Wszystko było do zdobycia, wystarczyło się uśmiechnąć.

Mieszkańcy byli najszczęśliwsi, gdy granice administracyjne przekraczały gwiazdy światowego formatu. Gdy to właśnie tu, a nie gdzieś indziej, działa się popkulturalna historia. Wszystko od początku.

Początek jest zawsze tylko względnym momentem historii, a koniec? Na koniec się jeszcze nie zanosi, bo właśnie wkraczamy w początek… nowego rozdziału historii.